piątek, 11 października 2019

169. Wszyscy się nienawidzimy, czyli o tym, czym jest hejt i jak hejtować twórców gier, żeby nas słuchali

Planowałam poruszyć ten temat o wiele później, przy okazji cyklu wpisów poświęconych tworzeniu gier, ale parę ostatnich wydarzeń i gorączka przedwyborcza uświadomiły mi, jak bardzo jest on ważny i jak bardzo nie warto z nim czekać. Dlatego też dzisiaj odstawiamy na bok gry o pięknych panach i dotykamy zdecydowanie mniej pięknego tematu. Zapraszam!


Jeżeli spojrzymy na etymologię słowa "hejt", z łatwością dostrzeżemy, że pochodzi ono od angielskiego hate i oznacza "nienawiść" lub "nienawidzić". Bardzo mocne, negatywnie zabarwione słowo. Słysząc je, niemalże odczuwamy na ramionach jego ciężar złożony z całej gamy innych emocji, jakie ono ze sobą niesie. Wielu psychologów uważa, że nienawiść jest emocją, a więc czymś, czego nie jesteśmy w stanie kontrolować, ale moim zdaniem to coś więcej - to pewnego rodzaju stan, który nie tylko świadomie akceptujemy, ale często też pielęgnujemy. Możemy z całego serca nienawidzić kogoś, kto wygrał z nami w konkursie cosplayowym, mimo że uważamy jego strój za wykonany o wiele gorzej od naszego, a sam zwycięzca dał nam się poznać od mało sympatycznej strony, chełpiąc się zwycięstwem i twierdząc, że nie miał realnej konkurencji. Czujemy się przez to nie tylko niesprawiedliwie potraktowani - cierpi również nasza duma, co przekłada się na poczucie utraty roli w wykreowanej przez nas wizji rzeczywistości. Potrzebujemy natychmiastowego potwierdzenia, że wszystko jest ok i że problem leży po drugiej stronie, a że myśl tę pielęgnujemy, do głosu dochodzą związane z nią emocje. Co ciekawe, znajdujemy w takiej nienawiści pewnego rodzaju przyjemność. Dzięki temu czujemy się lepiej - w końcu porównujemy się z kimś, kto w naszym mniemaniu jest żałosny i bez honoru (o wymyślaniu historii typu "Na pewno dała dolnej części ciała chłopakom z jury, żeby wygrać" nie wspomnę), mimo że kierujemy się w większości jedynie własną interpretacją jego zachowań. Pozwala to również usprawiedliwić sobie własne niedostatki czy "leczyć" (bo z prawdziwym przepracowywaniem problemu nie ma to niczego wspólnego) kompleksy - w końcu łatwiej powiedzieć sobie, że nasza konkurentka wygrała ze względu na bardziej skąpy strój i cycki na wierzchu, a nie dlatego, że lepiej zadbała o detale czy sposób prezentacji. Wolimy kompletnie nie dopuszczać do siebie myśli, że ta dziewczyna mogła mieć po prostu paskudny dzień i prywatnie być najsłodszą i najmilszą osobą pod słońcem. Wygodniej jest powiedzieć sobie, że po prostu jest złym człowiekiem - nie to co my, krystaliczni i nieskazitelni jak szklanica spirytusu.

Wszyscy nienawidzimy, chociaż nie lubimy się do tego przyznawać. Każdy z nas ma kogoś, do kogo chowa w głębi serca urazę, mimo że być może spotkał go jedynie raz w życiu. Każdy z nas doświadcza goryczy, kiedy widzi, że jego oponentowi wszystko się udaje i zdaje się on być o wiele łaskawiej traktowany przez los. Jest to pewnego rodzaju mechanizm obronny, który pozwala nam tłumaczyć sobie rzeczywistość wokół i organizować ją w najbardziej komfortowy dla nas sposób. Niesie to jednak ze sobą pewne problemy:
1. Powstaje na fundamencie złożonym z zakrzywionej emocjami wizji rzeczywistości.
2. Wysysa z nas pozytywną energię, stając się czymś w rodzaju osobistego wampira energetycznego.

Można powiedzieć, że odczuwanie nienawiści ma mniejszy związek z osobą będącą jej przedmiotem, a większy z nami samymi, ponieważ jest wypadkową tego, co my czujemy, czego my nie rozumiemy (i najczęściej nie chcemy zrozumieć) i przed czym my chcemy się uchronić. Ma bezpośredni związek z naszymi uprzedzeniami i kompleksami, i to właśnie nimi najbardziej się żywi.


Nienawiść ma też bezpośredni z poczuciem krzywdy i mechanizmami obronnymi mającymi na celu to uczucie zniwelować. Możemy nienawidzić jakiejś dziewczyny tylko dlatego, że jest gruba i nie ma chłopaka. W sumie żadna z tych cech nie jest czymś, czym ona nam osobiście w jakikolwiek sposób zawiniła, jednak nienawidzimy ją, ponieważ odczuwamy pogardę wobec ludzi, którzy w naszym mniemaniu są gorsi (brzydsi, mniej atrakcyjni) od nas. I jeżeli dla nas posiadanie chłopaka jest wyznacznikiem statusu ("Ktoś mnie chciał, więc jestem fajna/ładna"), to siłą rzeczy spoglądamy na ludzi niespełniających tego kryterium jak na przegrywów. W sumie nie obchodzi nas dieta naszej koleżanki (chyba że możemy jej w ten sposób publicznie dosrać - wtedy tak), nie troszczymy się o nią (chyba że pod płaszczykiem fałszywej troski możemy jej dosrać mocniej) i w sumie mamy gdzieś to, czy ona w ogóle jest zainteresowana związkami, czy też nie - bo według naszego całkowicie subiektywnego światopoglądu ona nie ma nawet prawa nikogo mieć (i jeśli można ją przy pomocy tego argumentu całkowicie utopić w gównie, to czerpiemy z tego najwyższą przyjemność). Jest to podstawą hejtu, który często ma miejsce w szkołach (i innych miejscach, w których ludzie muszą przebywać razem niezależnie od tego, czy chcą, czy nie) i którego celem jest wyszukiwanie w grupie kozłów ofiarnych będących emocjonalnymi (a czasami wręcz fizycznymi) workami treningowymi dla najsłabszych w danej społeczności. Wszak jeśli wskażemy kogoś palcem i skierujemy na niego uwagę innych, to nikt nie będzie próbował patrzeć w ten sposób na nas i nie zauważy, że w głębi serca jesteśmy zakompleksieni i boimy się wyjścia prawdy na jaw.

Łatwo zatem dojść do wniosku, że nienawiść jest wbrew pozorom bardzo złożonym uczuciem składającym się z pokładów frustracji, uprzedzeń, lęków, kompleksów, błędów atrybucji (błędnego przypisywania cech) i agresji. Jest czymś, co zżera nas od środka i ukierunkowuje nasze wysiłki nie w stronę samorozwoju, a w stronę destrukcji - sprawia, że poświęcamy ogromne pokłady czasu i energii na uprzykrzanie życia komuś, kto w gruncie rzeczy powinien mieć nas gdzieś. Nie ma mocy wystarczająco potężnej, żeby wykorzenić z nas wspomniane powyżej składowe nienawiści, ale dzięki pracy nad sobą możemy powstrzymać je przed zakiełkowaniem i wydaniem owoców, a owoce te nie przypominają rajskich jabłuszek, a owoce mancinelli (zwane potocznie jabłuszkami śmierci. I tak jak jedno takie jabłuszko może położyć tuzin zdrowego chłopa, tak żywiona przez jedną osobę nienawiść ma negatywny wpływ na całe jej otoczenie). Proces ten niekiedy może wymagać konsultacji ze specjalistą, ale zdecydowanie lepiej jest przepracować w sobie urazy z przeszłości niż dać im wymknąć się spod kontroli - i chyba każdy, kto czytał lub oglądał "Akirę", będzie wiedział, o czym mowa.


Gdyby nie przepracowane problemy Tetsuo, fabuła "Akiry" mogłaby zakończyć się w ten właśnie sposób. Grafika pochodzi z serwisu Zerochan.
Nie zmienia to jednak faktu, że słowo "hejt" bywa często nadużywane i stanowi wytrych w politycznych i światopoglądowych przepychankach. Mówiąc w skrócie: o wiele większy emocjonalny ładunek niesie ze sobą stwierdzenie: "Mówisz tak, ponieważ NIENAWIDZISZ takich ludzi jak ja", niż: "Nie zgadzam się z twoją opinią, bo...". Posądzenie kogoś o hejt jest dużo łatwiejsze niż mierzenie się z podanymi przez niego argumentami, nawet jeżeli wydają się nam bezsensowne. Osobiście bardzo nie lubię określenia "mowa nienawiści" - nie jest bowiem konkretem, do którego można się odnieść, a emocjonalnym ładunkiem mającym zamykać ludziom usta. Jasne, możemy mówić o mowie nacechowanej nienawiścią, kiedy ktoś traktuje nas w widocznie pogardliwy i obelżywy sposób, stosując wulgarne i negatywnie nacechowane słownictwo. Problem w tym, że do takich sytuacji dochodzi relatywnie rzadko, a mowę nienawiści stosuje się jako argument przeciwko wypowiadaniu przez kogoś poglądów niezgodnych z naszą własną wizją rzeczywistości. Nie chcę tutaj wchodzić w drażliwe tematy związane z orientacją seksualną czy problemami tożsamości płciowej, dlatego przedstawię to na równie prawdziwym, ale jednak bardziej neutralnym przykładzie związanym w moim drugim hobby - ABJD, a więc azjatyckich lalek odlewanych z żywicy. Ludzie, którzy je kolekcjonują, dzielą się na dwa obozy: osoby kupujące jedynie oryginalne lalki, i takie, które kupują również bądź jedynie podróbki zwane recastami. Osobiście jestem w pierwszym obozie i niestety nie mam zbyt dobrych doświadczeń w kwestii utrzymywania kontaktów z kolekcjonerami z obozu drugiego. W przeszłości byłam osobą bardzo agresywnie anty-recastową i przez długi czas sądziłam, że ludzie po prostu odpowiadają agresją na emocje, które otrzymują ode mnie. Zmiana podejścia zajęła mi wiele miesięcy i wymagała zrobienia potężnego researchu, który pozwolił mi bardziej otworzyć się na innych i dogłębnie zrozumieć problem. Jednak niezależnie od tego, w jaki sposób formułowałam swoje słowa i jak bardzo starałam się być miła, nadal spotykałam się z drugiej strony z niechęcią i agresją, co prowadziło czasami do absolutnie kuriozalnych sytuacji.

Można więc łatwo wywnioskować, że ludzie posądzający innych o stosowanie mowy nienawiści tak naprawdę nie są przeciwko nienawiści, a przeciwko głoszeniu odmiennych poglądów lub słyszeniu pod swoim adresem słów krytyki. Widać to szczególnie na grupach rysunkowych i generalnie w miejscach, w których wystawiamy pod ocenę naszą twórczość. Zdecydowanie wygodniej jest pomyśleć sobie, że ktoś skrytykował naszą pracę, ponieważ zazdrości nam talentu, a nie dlatego, że ma rację i lepsze wyczucie proporcji. Jesteśmy tak bardzo nauczeni nieumiejętności rozumienia hejtu i radzenia sobie z nim, że profilaktycznie traktujemy jako hejt wszystko to, czego nie chcielibyśmy usłyszeć. W wielu przypadkach robimy tak dlatego, że w procesie wychowawczym nie doświadczaliśmy emocji uznawanych powszechnie za negatywne i nie nauczono nas sposobów radzenia sobie z nimi. Byliśmy chowani pod kloszem, gdzie wmawiano nam, że jesteśmy wyjątkowi i jedyni w swoim rodzaju, że najważniejsze jest nasze dobre dobre samopoczucie i komfort, że nie musimy się z nikim liczyć, że mamy prawo być tacy, jacy chcemy być, a inni mają obowiązek to zaakceptować. Tymczasem prawda jest okrutna: jeżeli przez całe dzieciństwo i okres młodzieńczy jesteśmy posypywani brokatem, to po osiągnięciu pewnego wieku szybko przekonujemy się, że prawdziwe życie to nie patatajanie po tęczy, a ciągnięcie wozu po wyboistej i wyjątkowo krętej drodze. I chociaż ta prawda boli, nie nauczymy się radzenia sobie z krytyką i hejtem, jeżeli nie będziemy ich doświadczać. Osobiście uważam, że w procesie wychowania dzieci i młodzieży poświęca się temu tematowi niewystarczającą ilość uwagi i reaguje za późno i w niewystarczająco adekwatny sposób. I nic dziwnego - w końcu zdecydowana większość nauczycieli przeżyła swoją młodość w czasach, w których problem nie istniał, i nie są oni w stanie zrozumieć, co dzieje się w sercu młodego człowieka, który stara się odnaleźć swoje miejsce w świecie wirtualnym.

Tymczasem każdego dnia jesteśmy wystawiani na mnóstwo potencjalnych ataków ze strony hejterów. Czasami wolimy kryć się z poglądami i nie wypowiadać głośno swojego zdania, żeby się nie narazić. Wielu utalentowanych ludzi tworzy do szuflady, ponieważ boi ilości potencjalnego hejtu, z którym będą się musieli mierzyć. Zupełnie niepotrzebnie, bo kiedy już zaczynamy rozumieć, czym jest hejt i jak odróżnić go od konstruktywnej krytyki, możemy nauczyć się sobie z nim radzić. Przyznam szczerze, że kiedy sama zdecydowałam się na prowadzenie tego bloga, sądziłam, że szybko wyleje się na mnie wiadro pomyj. No bo jak to, dorosła baba pisząca o interaktywnych romansach, no popatrzcie na nią, jakie to głupie, hehe. Kto mnie czyta, wie również, że przez długi czas ukrywałam tego bloga nawet przed znajomymi, bo obawiałam się dziwnych spojrzeń z ich strony. Sporą pomocą w przełamaniu tego wewnętrznego oporu był fakt, że otrzymałam pracę jako community manager w grze MMORPG. Zawsze lubiłam ludzi i posiadam wysoko rozwinięte umiejętności interpersonalne, ale dopiero wejście z tymi przymiotami na bardziej profesjonalny poziom nauczyło mnie zdrowego dystansowania się od opinii dyktowanych emocjami. Z czasem do głosu doszło również przekonanie, że jeśli boję się wygłaszać poglądy przed znajomymi, to oznacza, że oni w ogóle moimi znajomymi być nie powinni. Oczywiście wiązało się to z odejściem z mojego życia paru ważnych dla mnie osób, ale po wielu miesiącach mogę stwierdzić, że było warto dać im odejść, bo wraz z nimi znikł również wspomniany wyżej lęk i reszta związanych z nim emocji.

Książę Kanut i Thorfinn z "Sagi Winlandzkiej". Grafika autorstwa DD (https://twitter.com/BUL3T67).
Skupmy się teraz na tym, jak odróżnić krytykę od hejtu. Jeśli zamierzacie stworzyć w przyszłości własną grę, musicie przyszykować się zarówno na jedno, jak i na drugie. Nie znam osobiście gry otome, pod której adresem ludzie nie wypowiadaliby wyjętych z rzyci teorii, szczególnie kiedy wyraźnie widać, że gry nawet nie przeszli. Jeżeli więc sądzicie, że Wasz tytuł będzie tak dobry, że nikt się nie przypieprzy, to mylicie się. Przypieprzy się i zrobi to z najwyższą przyjemnością.

Nieprawdą jest stwierdzenie, że krytyka nie może być ostra. Może być zarówno ostra, jak i prześmiewcza, ale musi przede wszystkim świadczyć o tym, że krytykujący ma pojęcie na temat kwestii, do których się odnosi. Bardzo nie polecam jednak tego sposobu krytykowania dzieła podczas kontaktu z jego autorem - łatwo bowiem pod wpływem emocji przekroczyć pewną linię i zgubić gdzieś intencję, która jest jednym z czynników odróżniających krytykę od hejtu. Tym, co stoi za krytyką, jest chęć pomocy autorowi. Krytykujemy, bo wierzymy, że stać go na więcej i to więcej by osiągnął, gdyby na przykład zrobił porządny research. Osobiście spotykam się z tym problemem dosyć często, ponieważ jako specjalista od tematu niepełnosprawności i alternatywnych metod komunikacji oceniam czasami opowiadania czy gry właśnie od tej strony. Niestety, niektórzy twórcy nie odrabiają z tej dziedziny lekcji i w efekcie na rynku pojawiają się babole pokroju "literatury" KatLett w postaci chociażby recenzowanego przeze mnie "Hunting For Online Demons" (ciekawi znajdą odnośnik w menu po prawej stronie). Nie mam też zwyczaju pozostawiania suchej nitki na grach, w których promuje się patologię jako model zdrowej relacji, czy tych posiadających koślawe tłumaczenie na język polski - o ile jestem w stanie przymknąć oko na tłumaczenia amatorskie, o tyle nie spodziewałam się znaleźć błędu w takim Red Dead Redemption 2, a znalazłam. Nade wszystko staram się, żeby moja krytyka była konkretna i skupiona jedynie na omawianym problemie. W podobny sposób przyjmuję ją również od innych - posiadam betę, która jest nie tylko moją przyjaciółką, ale też najbardziej surową recenzentką mojej twórczości, jaką znam. Gdyby nie ona, zapewne dawno temu spoczęłabym na laurach.

Po drugiej stronie barykady znajduje się hejt. Jego intencja jest prosta i bardzo łatwo jest ją wyczytać z kierowanych w naszą stronę słów - ma nam dosrać. Hejter ma w zasadzie gdzieś to, co tworzymy - on chce po prostu, żebyśmy poczuli się źle, bo to kompensuje mu braki, o których wspomniałam na początku. Niby coś do nas ma i niby to jest ważne, ale nie ma jaj, żeby nawiązać z nami kontakt i powiedzieć o tym wprost. Zasłania się więc złudnym poczuciem anonimowości w sieci i daje upust swoim frustracjom, mając szczerą nadzieję, że wsadzi kij w mrowisko i będzie mógł czytać nasze próby tłumaczenia się przed nim, zajadając popcorn. Przyznam szczerze, że pomimo wspomnianych wcześniej obaw, bardzo rzadko widzę hejt pod swoim adresem, co jest dla mnie rzeczą absolutnie nieprawdopodobną, ale dowodzi też tego, że czasami warto uwierzyć w siebie. Hejterzy bardzo często narzekają na brak reakcji na ich wiadomości, twierdząc, że hejtowany przez nich twórca nie jest najwidoczniej odporny na krytykę, ale nie dajcie się wciągać w tego typu gierki i oczekujcie konkretów, a nade wszystko - szacunku do Was jako twórców. Z hejterami nie podejmuje się dyskusji, bo oni tego właśnie oczekują i tym właśnie się karmią. Ich się ignoruje. W końcu uświadomią sobie, że nie będziecie dla nich źródłem rozrywki i sobie pójdą - oby po rozum do głowy.


Screeny z gry Kind Words.
Niektórzy twórcy gier idą jednak o krok dalej i tworzą aplikacje, które mają uświadomić nam nie tyle siłę wszechobecnego hejtu, co potęgę słów, którymi możemy go pokonać. Właśnie z taką ideą powstała prosta gra (chociaż w sumie ciężko nazwać ją grą) pod tytułem Kind Words. Jest to miejsce pełniące rolę naszego wirtualnego kawałka podłogi, w którym możemy anonimowo opisać swój problem i otrzymać odpowiedzi innych użytkowników w formie listów. Warunek jest jeden: mają one być uprzejme. Jakiś czas temu przechodziłam w swoim życiu bardzo ciężki okres i przez parę tygodni przypominałam emocjonalnego zombie. Nie ukrywam, że w Kind Words otrzymałam mnóstwo użytecznych porad i pełnych pocieszenia słów, których autentycznie potrzebowałam. To miejsce jest dowodem na to, że Internet potrafi być nie tylko niebezpiecznym, ale również wspaniałym miejscem. Koniecznie dodajcie tę grę do swojej Biblioteki Steam, szczególnie że kosztuje niecałe 20 złotych.

Kind Words możecie zakupić tutaj: https://store.steampowered.com/app/1070710/Kind_Words_lo_fi_chill_beats_to_write_to/?snr=1_7_15__13

Kind Words to rewelacyjna aplikacja, ale nie zmienia to faktu, że jako twórcy gier i contentu okołogrowego musimy nauczyć się zarówno przyjmować krytykę, jak i ją dawać. Pierwszą kwestię można wypracować w sobie już podczas prototypowania swojego produktu, kiedy pytamy o opinię ludzi mogących pomóc nam ulepszać naszą wizję. Ten temat szerzej omówimy sobie w innym wpisie - na dzień dzisiejszy chciałabym jedynie podkreślić konieczność otwartości na słowa, które niekoniecznie chcemy usłyszeć. Ja w pełni ufam swojej becie i niejednokrotnie uświadomiłam sobie, że nawet jeśli początkowo nie zgadzałam się z jej opinią, to z czasem uświadamiałam sobie, że jednak miała rację. Oczywiście nie oznacza to, że mamy ufać naszym recenzentom bezgranicznie - oznacza to jedynie, że mamy pozwalać im realnie dochodzić do głosu i nie odbierać zastrzeżeń odnośnie naszej twórczości jako atak na nas samych.


Na koniec mały bonus w postaci spojrzenia na problem z drugiej strony medalu, czyli JAK KRYTYKOWAĆ, ŻEBY TWÓRCY NAS SŁUCHALI:
1. Przystępujemy do krytyki wyspani, najedzeni i na pewno nie po wkurzającej rozmowie z szefem.
2. Nie nastawiamy się z góry na to, że dzieło, z którym obcujemy, jest męskiego narządu rozrodczego warte, nawet jeśli wszyscy wokół mówią, że jest.
3. Doceniamy starania. Nawet jeśli recenzowane przez nas jest słabe, należy wziąć pod uwagę to, że ktoś włożył mnóstwo wysiłku w jego stworzenie i wydanie. Mowa tutaj szczególnie o małych twórcach i ich debiutach (wyjątek: dzieło znaczenie przekracza granice głupoty i dobrego smaku - wtedy kubeł zimnej wody jest jak najbardziej wskazany).
4. Nie oceniamy dzieła bez zapoznania się z nim W CAŁOŚCI, bo możemy nieświadomie wystawić paskudną ocenę czemuś, czego na danym etapie jeszcze nie rozumiemy (dobry przykład: The House in Fata Morgana. Wielu graczy odbija się od pierwszych oddziałów, nie wiedząc jeszcze nawet, w jaką postać się wciela).
5. Staramy się, żeby nasza krytyka była konkretna. Unikamy ogólników typu "słaba fabuła" czy "źle napisane postacie". Zawsze podawajmy przykłady i dokładnie nakreślajmy popełniane przez twórcę błędy.
6. Upewnijmy się, że posiadamy odpowiednie kompetencje. Jeżeli krytykujemy fabułę, dobrze jest mieć wiedzę w temacie tego, jak ją poprawnie tworzyć. Jeżeli oceniamy poprawność psychologiczną postaci, to postarajmy się wcześniej odrobinę tej psychologii liznąć.
7. Uważajmy na pokusę stawiania równości między "Nie podoba mi się to dzieło" i "To dzieło jest słabe". Wyznacznikiem jakości dzieła powinna być w naszej krytyce wiedza, a nie gust.
8. Bierzmy pod uwagę fakt, że twórca nie musi liczyć się z naszą krytyką, a mimo to nadal może stworzyć dobrą grę. Starajmy się oceniać dane dzieło na różnych etapach jego powstawania (jeżeli mamy taką możliwość).

Jeżeli uświadomimy sobie, że dobry recenzent przestrzega powyższych punktów, będziemy również inaczej jego krytykę odbierać, nawet jeżeli będzie ostra. Mam szczerą nadzieję, że mój tekst pozwolił Wam zrozumieć, czym jest hejt, skąd się bierze, jak się z nim mierzyć i jak odróżnić go od krytyki. Jeżeli tworzycie gry visual novel lub planujecie jakąś stworzyć, zawsze możecie się ze mną skontaktować (adres e-mail znajdziecie na podstronie "Kontakt") i poprosić o opinię, chociaż ze względu na chroniczny brak wolnego czasu nie obiecuję, że odpiszę szybko.

Miłego weekendu!

sobota, 14 września 2019

168. Jaki ten facet jest uroczy, czyli Sosuke Takehira i jego niebezpośrednie pocałunki (7'scarlet)

Na wstępie chciałabym przeprosić Was za małą obsuwę w dodawaniu wpisów, ale praca bardzo dała mi się we znaki i nie miałam kiedy ograć kolejnych ścieżek. W ramach rekompensaty mam zamiar przedstawić Wam dzisiaj jednego z niewielu bohaterów, którzy podbili moje serce - i chyba nikogo nie zdziwi fakt, że to kolejny, który pochodzi z 7'scarlet. Ta gra jest świetna!


Na początek jednak muszę Wam coś wyznać. Na początku gimnazjum zakochałam się w pewnym chłopaku ze starszej klasy. Gość wyglądał jak totalny nerd i tak również się zachowywał. Nigdy nie widziałam go z dziewczyną, ograniczał kontakty jedynie do grona najbliższych kumpli (a i tu wykazywał się daleko idącą powściągliwością) i generalnie sprawiał wrażenie osoby najlepiej czującej się w swoim własnym towarzystwie. W dodatku pasjonował się fizyką i był świetny z matematyki. Byli tacy, którzy się z niego śmiali, ale ja zauroczyłam się nim bez reszty. Nie było wtedy Facebooka, a ja nie miałam śmiałości zagadać do niego bezpośrednio, więc przez wiele miesięcy czekałam na okazję, w której mogłabym przez przypadek zdobyć jakiś kontakt. W końcu udało mi się dostać numer GG (popularnego wtedy komunikatora internetowego) i napisałam. Z czasem staliśmy się dobrymi znajomymi i zaczęliśmy rozpoznawać się na szkolnych korytarzach. Z czasem zaczął nawet przychodzić do mnie, żeby podciągnąć mnie z matmy. Zaliczyliśmy też parę zupełnie niezobowiązujących wyjść, byliśmy nawet w kinie na "Incepcji". Chodziliśmy do tego samego liceum, ale ponieważ chłopak był starszy, w pewnym momencie musiał je opuścić. Jako student nadal czasami mnie odwiedzał i postanowiłam w końcu powiedzieć mu o tym, co czuję. Możecie jedynie wyobrażać sobie, jak silne było moje uczucie, skoro kochałam się w nim przez kilka lat, będąc jeszcze nastolatką (a jest to okres, w którym "wieczna miłość" trwa najczęściej dwa tygodnie). Niestety, mój ukochany stwierdził, że nie jestem w jego typie i od tamtej pory już się do mnie nie odezwał. Do dzisiaj jednak miło tę znajomość wspominam i omawiany w dzisiejszym wpisie Sosuke bardzo przypomina mi pokochanego przed wieloma laty Krzyśka. Tylko że jego historia kończy się happy endem.

Podobnie jak reszta bohaterów, Sosuke przybywa do Okunezato jako członek klubu łowców tajemnic. Jednak w przeciwieństwie do innych zdaje się być mniej zainteresowany integracją, a bardziej rozwiązywaniem związanych z tym tajemniczym miejscem zagadek. Spotykamy go w księgarni, kiedy sięgamy po przewodnik mogący wskazać nam miejsce poszukiwań naszego brata. OCZYWIŚCIE musi nam przy tym poślizgnąć się noga i OCZYWIŚCIE wpadamy wtedy w ramiona przystojnego młodzieńca w okularach, który zdaje się zupełnie nie dostrzegać malującego się na naszej twarzy rumieńca. W towarzystwie natomiast Sosuke daje się nam poznać jako osoba raczej chłodna, która do wszystkiego podchodzi z matematyczną wręcz precyzją i nie lubi tracić czasu na głupoty, chyba że w grę wchodzi popisanie się przed resztą. Nic zatem dziwnego, że z pewnym zdumieniem przyjmujemy jego zgodę na wybranie się z nami na lokalny festiwal, który zresztą szybko staje się okazją do zbliżenia się do siebie i przy okazji wkurzenia właścicieli większości straganów.

Sosuke w formie!
Wspólny wypad pozwala nam również poznać bardziej ludzką stronę Sosuke i jego poglądy na wiele spraw. Dowiadujemy się, że chłopak studiuje medycynę i pragnie w przyszłości ratować ludzi, ale interesuje go również filozofia, ze szczególnym uwzględnieniem życia po śmierci. Zdradza nam również pewne szczegóły ze swojego niezbyt udanego życia rodzinnego. Generalnie jawi się jako mężczyzna bardzo oczytany i inteligentny, ale również niezbyt przystosowany do życia w społeczeństwie. Atrakcje letniego festiwalu zadziwiają go w takim samym stopniu, jak nas zadziwiają jego poglądy dotyczące filozofii i fizyki. Jednak gdzieś pod tym wszystkim maluje się ponadprzeciętna wrażliwość i w niepamięć odchodzi chłód, który odczuwaliśmy podczas pierwszego naszego spotkania.

Wątek Sosuke jest również pierwszym, który naprawdę odkrywa przed nami tajemnice Okunezato. W poprzednich ścieżkach mierzyliśmy się z bliżej nieokreśloną siłą i w zasadzie jedynie dowiadywaliśmy się o istnieniu kolejnych tajemnic, co rodziło jedynie coraz więcej pytań. W wątku Sosuke widać natomiast, że zaczynamy powoli zbliżać się do końca historii. W końcu dowiadujemy się, kto stoi za zabójstwami w Okunezato i co skrywa w sobie tajemnicza posiadłość rodziny szefa hotelu. Pod tym względem jest to wątek zdecydowanie bardziej satysfakcjonujący i wynagradzający wysiłek gracza niż poprzednie.

Podoba mi się również poprowadzenie wątku romantycznego. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych omawianych przeze mnie ścieżek, jest tu bardzo grzecznie i nie możemy liczyć na fajerwerki, ale wynagradza nam to bardzo umiejętne budowanie bliskości między bohaterami. Sosuke na pozór sprawia wrażenie tsundere, ale nie jest kopią kopii tego typu bohaterów z innych gier. Sprawia raczej wrażenie typowego faceta, który o wiele szybciej ogarnie budowę armatury hydraulicznej niż próbę zrozumienia własnych uczuć. To ktoś, który nie jest dobry w rozmawianiu o emocjach, ale za to świetnie radzi sobie z ich okazywaniem. W jego gestach widać wiele dojrzałości (co nie oznacza, że takie są wszystkie podejmowane przez niego decyzje), a w działaniach ciepło i troskę. I nie ukrywam, że osobiście mam ogromną słabość do takich mężczyzn. Nic zatem dziwnego, że Sosuke tak bardzo przypadł mi do gustu, mimo że z początku nie pałałam do niego zbytnią sympatią (jak już wiecie, nie przepadam za tsundere). Prawdą jest również, że w tej historii prym wiodą pocałunki. Oczywiście głównie niebezpośrednie, ale zdarza się wśród nich również parę pośrednich. Jeżeli jesteście ciekawi, jaka jest różnica między nimi i posiadacie w sobie gotowość wysłuchania tyrady na ten temat, to już wiecie, czyją ścieżkę odpalić. ;)

Podsumowując: opowieść Sosuke to kolejny bardzo dobrze napisany wątek w 7'scarlet i myślę, że już teraz mogę z całą pewnością nazwać ten tytuł jedną z najlepszych otome, w jakie grałam. Jeżeli poszukujecie gry z dobrze napisaną historią, ciekawymi postaciami i dreszczykiem w tle, a przy tym jesteście w stanie wybaczyć małe niedostatki romansowe, to nie znajdziecie chyba lepszej opcji. Polecam z całego serca!

***
Grę 7'scarlet możecie zakupić tutaj:
https://store.steampowered.com/app/839450/7scarlet/